niedorozwój panewek stawowych

niedorozwój panewek stawowych

"szczęśliwą posiadaczką" endoprotezy lewego stawu biodrowego. Moją historię należałoby zamieścić w rubryce "w młodości...", gdyż problemy zaczęły się prawdopodobnie jeszcze przed moim przyjściem na świat. Urodziłam się z niedorozwojem panewek stawowych, co niestety nie zostało odpowiednio wcześnie zdiagnozowane (mam 46 lat, to chyba wszystko tłumaczy). Później - nie wiadomo kiedy - doszło do zwichnięcia lewego stawu biodrowego, co zostało wykryte dopiero ok. 4 - 5 roku życie, wtedy, gdy mój nieprawidłowy chód stał się bardzo widoczny (swoją drogą nie mogę do dziś zrozumieć, dlaczego żaden pediatra tego wcześniej nie zauważył!).

W wieku 6 lat przeszłam operację plastyki stawu, niestety nieudaną, po roku odbyła się powtórka, tym razem udana, oba zabiegi miały miejsce w klinice w Bytomiu. No a potem było prawie czterdzieści lat niezłego funkcjonowania z tym poprawionym biodrem, wprawdzie z bólem po wysiłku, z większą niż statystyczna męczliwością, ale bez specjalnych ograniczeń. Mogłam tańczyć, chodzić po górach, biegać, jeździć na rowerze, nawet na nartach kiedyś próbowałam (bez oszałamiających efektów, ale jednak...). Bez problemów przeżyłam 2 ciąże i dwa porody siłami natury - nie mogę narzekać. Jednak po 35 roku życia zaczęłam odczuwać dolegliwości związane z kręgosłupem, ból w okolicy krzyżowo - lędźwiowej, potem w odcinku szyjnym, a 3 lata temu zaczął się ból w stawie biodrowym. Zabiegi w poradni rehabilitacyjnej nie pomagały, coraz częściej zażywałam środki przeciwbólowe, żeby jakoś funkcjonować - no i dwa lata temu zaczęłam odwiedzać różnych ortopedów, żeby dowiedzieć się, co dalej. Usłyszałam, że właściwie tak zniszczonego stawu nie da się już zregenerować żadnymi zachowawczymi metodami, jedyny sposób to CWSB. Nie będę opisywać moich pierwszych emocjonalnych reakcji, każdy z Was, Bioderkowiczów, zna to z autopsji, po pewnym czasie pogodziłam się z tą przykrą koniecznością i zaczęłam szukać operatora, któremu mogłabym powierzyć swoje biodro.

Mieszkam w Krakowie, po kilkumiesięcznych poszukiwaniach i ustaleniu, że na refundację z NFZ trzeba czekać kilka lat (i nie wiadomo, na co się człowiek doczeka!), postanowiłam poddać się zabiegowi w spółce ORTOMED, opłacając go w 100% z własnej kieszeni. Czekanie nie miało sensu, każdy ortopeda twierdził, że będzie tylko gorzej, a poza tym normalne życie z ciągłym bólem ... no cóż, sami wiecie, jak to działa choćby na psychikę. 28.10.2004 odbyła się moja operacja, operatorem był dr Julian Dutka, niewątpliwie godny zaufania specjalista. Nie będę opisywać samej operacji i pobytu w szpitalu, zainteresowanych odsyłam do listu Uli S., mojego guru w sprawach CWSB (jeszcze raz serdeczne dzięki dla Pana Wolnego za stworzenie tego forum i umożliwienie kontaktów!), ona opisała to tak dokładnie, że lepiej już chyba nie można. Mogę tylko stwierdzić, że cała "akcja" została przeprowadzona bardzo humanitarnie i nawet taki nadwrażliwiec jak ja zniósł ją bez szwanku, a pobyt w szpitalu wspominam wręcz z przyjemnością - bardzo miła atmosfera na oddziale.

Teraz chodzę już od dłuższego czasu bez kuli, o wiele sprawniej i bardziej prawidłowo, niż przed operacją. Czasem odczuwam jakiś nieznaczny ból w udzie operowanj nogi lub w okolicach panewki (chyba?), ale komfort chodzenia jest nieporównywalny z tym, co było, no i kontakt z lewą stopą też mam większy (zwiększona ruchomość). Sen z powiek spędza mi tylko obawa: jak długo to wytrzyma? Wszczepiono mi protezę bezcementową, tytanową, wnętrze panewki (i chyba główka?) są zrobione z materiału o nazwie Metasul (to jakiś stop o niskim stopniu ścieralności) - mam nadzieję, że w miarę fachowo to przedstawiłam.